Sty

18

Tym razem wybrałem listopad, jako bardziej obiecujący, ze stabilniejszą pogodą i mniejszą ilością deszczy tropikalnych. Dobrze utrafiłem, bo poza jedną godzinną przerwą spowodowaną sporą ulewą, w zasadzie mogliśmy spinningować/poppingować od rana do wieczora.

Konfiguracja była interesująca: statek baza z dobrą kuchnią, klimatyzowanymi kabinami wyposażonymi w łazienki, przestronna messa z TV, lodówką i dobrze zaopatrzonym Drink Barem, a do tego płaski przestronny pokład dziobowy, z którego z powodzeniem łowiliśmy w 5 osób. Oczywiście trzeba zachować ostrożność i pilnować kolejności rzutów, ale przy łowieniu z wolno poruszającej się łodzi takie zasady są wręcz konieczne, aby każdy mógł równomiernie łowić. Nie powiem, że wszystko szło „jak z płatka”, ale dało się wytrzymać :)

Z uwagi, że przez większość z siedmiu dni łowienia towarzyszył nam lekki wiaterek, koledzy zdecydowali się na łowienie stickbaitsami. Królowały przynęty Gunz, FC Labo i Kamatsu. Wszystkie się sprawdzały, choć gunze i bliźniacze Kamatsu były najskuteczniejsze. Ja pozostałem wierny popperom. Trochę na przekór chciałem sprawdzić, jaka będzie różnica między popperem, a stickiem. Różnica była w ilości brań (choć nie każdego dnia), sticki trochę częściej prowokowały ryby. Natomiast do popperów wychodziły większe ryby, w tym największy GT wyjazdu o zmierzonej długości 120 cm (waga gdzieś 25-30 kg). Co najmniej dwie-trzy „lochy” spadły lub nie wcelowały w przynętę, ale przy braniach z powierzchni można ocenić skalę przeciwnika i od razu widać, co się zaraz wydarzy. Odjazd połączony z gwizdem plecionki 120 lbs i długi hol, czy tylko małe zapasy z krótkimi odjazdami i szybki hol ryby mieszczącej się w przedziale 5-10 kg.

Poza kultowymi GT łowiliśmy karanksy niebieskopłetwe, Red Snappery, tuńczyki Dogtooth, Job Fish i graniki. Każdy hol dostarczał emocji, ryby często brały tuż przy łodzi lub odprowadzały przynętę i dlatego przy każdym rzucie musieliśmy być czujni do ostatniej chwili. Atole Malediwskie składają się niezliczonej ilości raf i podwodnych wysepek. Każda z nich to potencjalna miejscówka na drapieżniki. Generalnie im dłuższy rzut, tym większy obszar penetrowany przez przynętę, ale musieliśmy uważać szczególnie podczas odpływów, gdyż wtedy łatwo było o zaczepienie tonącego stickbaitsa o podwodną rafę. Na szczęście łódź baza ciągnęła za sobą kilkumetrową motorówkę, która świetnie się sprawdzała przy uwalnianiu przynęt i wielokrotnie ratowała nas przed utratą drogich woblerów lub popperów.

Łowienie było intensywne, praktycznie od rana do wieczora, z godzinna przerwą na lunch. Dwa razy trochę posnoorkowaliśmy, lecz większość czasu spędziliśmy na oddawaniu setek rzutów ciężkim sprzętem z przynętami o wadze 120-150 g. Takie łowienie wymaga kondycji i koncentracji. Pozostaje nam się cieszyć, że nie było zbyt dużej „lampy”, a niebo pozostawało raczej zachmurzone. Wystarczy, że ostatniego dnia słońce mocno operowało, co w połączeniu z prawie bezwietrzną pogodą powodowało, że pot lał się z nas strumieniami i z utęsknieniem czekaliśmy na przerwy w łowieniu powodowane przemieszczaniem się w kierunku kolejnej rafy. Zawsze to chwila oddechu :)

Mile wspominamy łódź bazę. Wygodna, czysta, klimatyzowane kabiny, dobry kucharz. Jedzenie było zawsze urozmaicone, poza daniami z ryb i pysznymi zupami rybnymi wspominamy bogaty wybór sałatek, desery i patery owoców tropikalnych serwowanych po każdym posiłku. Kucharz zrobił nam placki ziemniaczane, szarlotkę i smaczne naleśniki. Raz trochę za długo smażył rybę i była twarda, ale szybko wyciągnął wnioski. Załoga łodzi była uczynna, doskonale radziła sobie z odplątywaniem „brody” na plecionkach i (co nas pozytywnie zaskoczyło) sama chętnie wypuszczała większość złowionych ryb. Tak naprawdę my decydowaliśmy, która ryba pójdzie na zupę, która na filety lub do piekarnika, a z której będzie saskimi J. Zdecydowana większość ryb wróciła do wody w dobrej kondycji. Łowiliśmy też w nocy, na filety. Ryb było sporo, bajecznie kolorowe i ogromnie waleczne. Doskonała frajda i możliwość „wyłowienia się na zapas”. Jednego wieczoru, nauczeni doświadczeniami z Madagaskaru, na duże haki ze stalkami założyliśmy spore łby rybie. Celem było złowienie rekina. Byliśmy mile zaskoczeni efektami. Tego wieczoru wyholowaliśmy 4 ogromne rekiny rafowe, każdy powyżej 2 metrów długości. Ocenialiśmy je na ok. 60 kg wagi. Emocje były ogromne (największe podczas prób uwalniania/odhaczania). Wrażenia z nocnych połowów na długo pozostaną w naszej pamięci.

Po siedmiu dniach łowienia dopłynęliśmy do eleganckiego ośrodka hotelowego (bungalowy i domki na palach), gdzie mieliśmy zarezerwowane jeszcze 2 dni odpoczynku. To bardzo dobry pomysł, doskonała regeneracja po turnusie wędkarskim. Świetna kuchnia, bufety kusiły mnogością wykwintnych potraw. Trochę zaporowe były ceny napojów (cola 6 USD, drink 10 USD, butelka „średniego” wina 60 USD), ale kurorty na Malediwach rządzą się swoimi prawami i w końcu żyje się raz :)

Wyprawę na Malediwy polecam każdemu, kto chce zakosztować spinningowania w tropikach. Ryb jest dużo, pływanie pomiędzy osłoniętymi atolami jest bezpieczne, można także zorganizować wyjazd rodzinny. Na statku komfortowo przebywa 8 osób. Najlepszy okres trwa od listopada do kwietnia. Przelot wygodnymi liniami Qatar lub Emirates.  Dziesięć godzin lotu ( z przesiadką) i jesteśmy w wędkarskim raju. Nie wiadomo, jak długo Malediwy będą przyjmować turystów. W erze globalnego ocieplenia i podnoszenia się poziomu  wód w oceanach te ledwo wystające z wody wyspy mogą wkrótce zniknąć. Co prawda na zalanych wyspach będzie wtedy więcej miejscówek wędkarskich, ale gdzie będziemy się relaksować po trudach łowienia ? Nie czekajmy więc i odwiedźmy Malediwy.

Paź

14

Kolejny nieznany kierunek. Ale czy tak do końca nieznany ? Przerabiałem już z moją najmłodszą córką „Pingwiny z Madagaskaru”, kolejne wersje filmów animowanych „Madagaskar”, nawet lemury z Madagaskaru…..

Ale ryb z Madagaskaru jeszcze nie było i pod koniec września w pięcioosobowym silnym składzie po 24-godzinnej podróży przez Paryż i Reunion zameldowaliśmy się w kurorcie na malowniczej, powulkanicznej wyspie Nosy Be. Tam już czekał na nas francuski przewodnik Alain, który prowadzi profesjonalną bazę wędkarską na archipelagu MITSIO odległym o ok. 2,5 godziny płynięcia łodzią motorową z Nosy Be. Podróż po Oceanie minęła szybko, potem powitanie w ośrodku, pyszne drinki na bazie rumu i owoców tropikalnych, zakwaterowanie w stylowych bungalowach, kolacja z obowiązkowymi daniami z owoców morza i pyszna zupą rybną, szykowanie sprzętu – w tym czasochłonne wiązanie przyponów, szykowanie „assist hook „ –ów do jiggowania, dobieranie przynęt. Każdy z nas ma po kilkadziesiąt popperów, stickbaitsów, jigów i wcale nie jest łatwo….

Rano po śniadaniu odprawa przy mapie archipelagu, ostatnie zakupy w doskonale zaopatrzonym sklepiku wędkarskim (mają wszystko, co potrzeba !!!, a ceny przyzwoite) i start na dwie łodzie. Na jednej jedzie specjalnie zatrudniony kamerzysta – fotograf, który ma udokumentować nasze poczynania. Przeważnie łowimy na poppery i stickbaitsy oraz na vertical jigging. Efekty niezłe, choć trochę musimy wczuć się w łowisko. To z kolei jest ogromne i bardzo zróżnicowane. Archipelag Mitsio składa się z 17 wysp i niezliczonej liczby wysepek/górek, gdzie potencjalnie przebywają morskie drapieżniki. Jest też sporo „blatów” o średniej głębokości 12-15 metrów wybrukowanych podwodnymi rafami. To doskonałe miejsca na kultowe GT i inne drapieżniki. Na poppery biorą różne gatunki ryb- poza GT łowimy snappery, graniki, zębate belono-podobne stwory i nawet rekiny. Te ostatnie demolują nasze przynęty, ale są waleczne i zazwyczaj po doholowaniu ich do łodzi (jak ją zobaczą) dostają „nowe życie”, dają kilkudziesięciometrowego susa w głąb Oceanu i walka zaczyna się od nowa. Dodatkowa „atrakcja” polega na wyciągnięciu ich na pokład, chwilowemu ogłuszeniu i zrobieniu kilku zdjęć, aby po chwili wypuścić je do naturalnego środowiska. Czasami przewodnicy zbroją jedną lub dwie wędki „na mięcho”, a wtedy efekty są natychmiastowe. My oczywiście preferujemy łowienie na sztuczne przynęty i na nich się skupiamy, ale przewodnicy za wszelka cenę „chcą nam dogodzić” i co pewien czas uszczęśliwiają nas tego typu łowieniem. W tej metodzie najlepiej sprawdził się Daniel. Jego hasło „Jak FISH, to ja” stało się wręcz kultowe i ochoczo zmagał się z wszelkimi drapieżnikami. Między innymi wyholował pięknego rekina, którego przewodnik ocenił na 60 kg. Mój największy rekin na Dumbbella miał ok. 20 kg, ale chwała mu za to, że wziął z powierzchni, a potem jeszcze dał się jeszcze sfotografować. Bardzo dobre efekty mieliśmy na pilkery. Metoda vertical jogging w różnych jej modyfikacjach przyniosła efekty. Niektóre miejsca obfitowały w graniki, snappery, mangrowcowe karanksy, barakudy, makrele królewskie i tuńczyki Dogtooth. Potraciliśmy sporo przynęt w paszczach najeżonych ostrymi zębami oceanicznych drapieżników , a kilkukrotnie nasze wyjątkowo mocne ( 260 Lbs) kevlarowe przypony do haków jiggowych były przegryzane jak nitki. Nie do wiary, ale tak było. Często nawet nie czuliśmy ataku ryby. Po prostu wyciągaliśmy gołego pilkera, bez uzbrojenia….. Chirurgiczne cięcie i po temacie….. Jednoznacznie stwierdziliśmy, że wody wokół archipelagu Mitsio są niezwykle rybne. W naszej grupie za sprawą Witka na pilkera padł rekin o wadze ok. 150 kg (przewodnik odciął przypon przy łodzi, nie odważył się na wciąganie rybska na pokład),a Jarek złowił pięknego tuńczyka zębatego ok. 65 kg oraz monstrualne GT o wadze ok. 40 kg. Każdy z nas zaliczył sporo ryb, sporo brań, sporo ataków i sporo „obcinek” .

Czasami podczas przemieszczania się między zaznaczonymi łowiskami puszczaliśmy kilka przynęt w trollingu. Mieliśmy dwa ataki żaglicy, z czego jeden zakończony sukcesem oraz emocjonującym holem (znowu Daniel) i pięknymi zdjęciami ponad 30-kilogramowej ryby. Trafiały się także inne gatunki, ale dla nas , „SKAZANYCH NA POPPING” najbardziej pożądane były ryby łowione na poppery i sticki.

Według przewodnika wrzesień to nie jest najlepszy okres na tę metodę i choć sezon wędkarski na Madagaskarze trwa cały rok, Alain dla spinningistów poleca okres od listopada do maja. Wtedy jest trochę cieplej ( 32-33 stopnie zamiast 28, które mieliśmy we wrześniu), nocą potrafią padać deszcze tropikalne, ryby wychodzą na płycizny i duże drapieżniki są aktywniejsze.

Łowiliśmy przez 6 dni, codziennie odwiedzaliśmy inne miejsca, nie było zbyt długich odległości między miejscówkami, więc 9-10 godzin dziennego łowienia nieźle nas sponiewierało. Dobrze, że każdego wieczoru czekała na nas super baza z dobra kuchnią, doskonale zaopatrzonym barem (markowe drinki w cenie pobytu :) ) i wygodnymi bungalowami. Kamerzysta TINO pokazywał nam materiały do filmu podsumowującego nasz wyjazd, a my wymienialiśmy się spostrzeżeniami z każdego dnia połowów.

Jak to zazwyczaj bywa, wszystko, co dobre szybko się kończy, więc siódmego dnia zostaliśmy odtransportowani do Nosy Be, tam spędziliśmy pożegnalny wieczór i następnego dnia udaliśmy się w ponad 24-godzinna podróż powrotną.

Każdy z nas chce wrócić na Madagaskar. Piękna okolica, spokój, są ryby, jest dobra baza wędkarska z profesjonalnymi przewodnikami. Mamy plany na listopad 2016. Będzie zabawa. Będzie się działo…..