gru

31

Połowa listopada, prawie trzydziestostopniowa różnica temperatur pomiędzy Egiptem a Polską, a my ponownie pływamy po Morzu Czerwonym, tym razem w pobliżu granicy morskiej z Sudanem.

Piękne, prawie dziewicze rafy i górki podwodne, brak presji wędkarskiej, szybkie dwusilnikowe motorówki, sprzyjająca pogoda, profesjonalni przewodnicy i głodni sukcesu wędkarze  – wszystkie te czynniki miały sprawić, że będzie dużo brań i emocjonujących holi. Jednak wędkarstwo było by nudne, gdyby wszystko było przewidywalne. Ryby wcale nie pchały się do łódek. Brania/wyjścia ryb do przynęt były, a jakże, ale skuteczność i efekty finalne pozostawiały pewien niedosyt.

W ruch poszły nasze najnowsze nabytki – poppery FCL labo, Cubera, Craft Bait czy Maniac Lures. Kolory jasne, wściekłe, a także ciemne i nawet czarne. Trzeba było uczciwie pracować (machać wędą), aby skusić do ataku rafowego drapieżnika.

Opłaciło się, bo padło kilka okazów. Największy Tomkowy GT miał 123 cm, dobre 35 kg wagi. Było jeszcze kilka mniejszych „metrówek”. Poza GT łowiliśmy głównie karanksy niebieskopłetwe. Kilka sztuk zaliczył Jarek II, który pierwszy raz był na prawdziwej poppingowej wyprawie i zachorował „na całego”. Holował też ogromnego GT, ale zakleszczona plecionka uniemożliwiła skuteczny hol i ryba odpłynęła razem z popperem.

Natomiast z dnia na dzień łowił lepiej, udoskonalał technikę i osiągał coraz lepsze efekty.

Łowiliśmy jeszcze barakudy, graniki, Red Snappery, Rainbow Runnery, tuńczyki i inne drapieżniki, także na pilkery podczas vertical jigging.

Mieliśmy do dyspozycji nową łódź GT 1, która znakomicie spisywała się na wodzie. Praktycznie nie poddawała się falom i nie było chlapania wodą morską.

Łódź baza też była inna, niż zazwyczaj. Trochę większa.

Codziennie jedliśmy pyszne zupy rybne, ciekawe dania z bakłażana i oczywiście dania z ryb pod wszelkimi możliwymi postaciami.

Było sushi z tuńczyka, sashimi z tuńczyka i karaknsa niebieskopłetwego, kotlety rybne, ryby smażone, duszone, pieczone, a nawet zapiekanka z rybą. Kucharz punktował i każdorazowo polepszał nam humor.

Wieczorowe łowienie z łodzi bazy też dawało nam dużo emocji. Poza typowymi gatunkami udało się złowić ponad półtorametrową murenę (została szybko uwolniona  . . . brrrrr….) oraz

kilkukilogramową rybę rozdymkę, która stroszyła się jak ogromny jeż.

Nocne łowienie na filety to wielka radocha, gdyż brań jest bardzo dużo, ryby dość sprytnie obgryzają przynęty często zostawiając goły hak. Biorąc pod uwagę dość szybko zapadające „egipskie ciemności” jest świetny sposób na umilenie wieczorów na środku Morza Czerwonego.

Jednego dnia próbowaliśmy łowienia tuńczyków żółtopłetwych na filety. W tym celu nasi przewodnicy specjalnie zakupili prosto ze statku rybackiego (niezła ruina) kilkanaście kilogramów sardynek i sardeli. Zakotwiczyliśmy na spadzie rafy, puściliśmy nasze przynęty w dryf wabiąc jednocześnie tuńczyki głośnym popperowaniem. Adam zaciął ładną torpedę, ale po kilku minutach walki niestety spadła z haka. Ryba utracona w trakcie holu dość skutecznie odstrasza pozostałych swoich towarzyszy i brania niestety ustały.

Przyjdzie nam poczekać do stycznia/lutego, kiedy to z naszym przewodnikiem w Hurgadzie zamierzamy się dobrać do skóry tuńczykom żółtopłetwym. Każdego roku od stycznia do marca w okolicach Hurgady gromadzą się ogromne stada tuńczyków i można nałowić się do woli. Niektórzy z moich kolegów podczas wczasów rodzinnych w Hurgadzie umawiali się z przewodnikiem na 1-2-3 dni łowienia i mieli doskonałe wyniki.  Godzili pobyt rodzinny z krótkim wyskokiem „na rybki” i wszyscy byli zadowoleni. Tym bardziej, że przewodnik zapewnia cały sprzęt i nie trzeba niczego z Polski zabierać.

Do zobaczenia nad Morzem Czerwonym :)

lis

13

Już wielokrotnie potwierdzałem , że należę do grupy osób, która całkowicie zafascynowała się spinningiem rafowym, a w szczególności poppingiem.

Razem z kolegami szukamy miejsc, gdzie możemy spełniać się z naszym hobby. A jeśli rafy, to dlaczego nie archipelag Malediwów, gdzie na środku Oceanu Indyjskiego na przestrzeni kilkuset kilometrów kwadratowych znajduje się ponad 1200 wysp i wysepek tworzących piękne atole, otoczone rafami koralowymi. Pod koniec września pojawiła się możliwość tygodniowego wyjazdu na Malediwy połączonego z nasza ulubioną metodą połowu. Z uwagi na przelot wygodnymi liniami Emirates (przesiadka w Dubaju) mogłem zabrać 10 kg klamotów więcej, niż zazwyczaj i nie musiałem dopłacać za tubę z wędkami. Jedzenie na pokładzie samolotu i markowe popitki umilały dość długą podróż (łącznie prawie 10 godzin lotu).

Malediwy przywitały nas ciepłą, choć deszczową pogodą. Na szczęście deszcze w tropikach nie padają godzinami i są dość ciepłe. Pomimo trochę zachmurzonego nieba musieliśmy uważać na słońce, gdyż dla niego chmury nie stanowiły problemu. Nasz atol oddalony ok. 30 minut drogi motorówką od stolicy Malediwów – Male miał wszystkiego ok. kilometra długości i 200 metrów szerokości. Półgodzinny spacerek pozwolił poznać całą wyspę :) Zadbane alejki spacerowe, bungalowy, apartamenty na palach (które do tej pory oglądałem tylko na zdjęciach), ciekawa roślinność, dużo ptactwa oraz masa ryb widocznych z pomostu, czy podczas nurkowania. Smaczna kuchnia w restauracji hotelowej, bardzo duży wybór potraw, miła obsługa kelnerska. Drugiego dnia obchodziłem urodziny i z tej okazji kelnerzy przystroili nasz stolik pękami kolorowych kwiatów tropikalnych, przynieśli butelkę wina. Kucharz przygotował specjalny tort urodzinowy z trzema świeczkami (jak miło jest sięgnąć pamięcią do lat dziecinnych :)), a grupa kelnerów zebrała się wokół naszego stolika i zaśpiewała Happy Birthday.

My jednak z niecierpliwością czekaliśmy na pierwsze wypłynięcie. Łódź (a w zasadzie mini lotniskowiec wyposażony w dwa silniki po 200 HP) zjawiła się przed czasem. Załoga okazała się bardzo sympatyczna i uczynna. Poza tym pełen profesjonalizm. Ryby dopisywały. Już na pierwszej miejscówce Witek łowi okaz GT ponad trzydzieści kg. Potem padają kolejne. Sporo się zrywa, kilka atakuje niecelnie. W zasadzie przez cały dzień coś się dzieje. Wyjątek stanowi czas około godzinnego obfitego deszczu tropikalnego, przy którym ciężko jest pokazać zalety poppingu. Poza GT łowimy karanksyniebieskopłetwe i Redjob-y. Ja tracę ogromnego GT razem z  popperem. Nie byłem w stanie utrzymać ryby, która po kilkudziesięciu sekundach holu pomimo dokręconego hamulca wysnuła kilkadziesiąt metrów plecionki i przecięła ją o rafę :(

Kolejne dni wyglądają podobnie. Codziennie jesteśmy w innych miejscach, zaliczamy kolejne podwodne rafy, kolejne urokliwe atole, wysepki. Wszędzie jest jakieś branie, atak ryby czy udany hol. Każdego dnia łowimy około dziesięciu ryb (większość to GT), a drugie tyle zrywa się, bądź niecelnie atakuje nasze poppery. Ekipa przewodnika spisuje się znakomicie. Bardzo dobrze napływają na miejscówki, pomagają przy zmianie przynęt, wzorcowo opiekują się złowionymi rybami (delikatne uwalnianie przynęt, polewanie wodą skrzeli, szybkie sesje zdjęciowe). Jesteśmy pod wrażeniem. Łódź czysta, zadbana, bezpieczna. Fajna muzyka w tle. Popujemy w takt muzyki Eminema, M. Jacksona czy Akona. Jest ekstra ! Pomimo jeszcze jednego dnia, gdzie ulewny tropikalny deszcz krzyżuje nam szyki i znowu mamy ok. godzinną przerwę. Wszystkie karanksy oczywiście obowiązkowo trafiają do wody, ale zabieramy jednego złowionego przeze mnie red Snapera. Oddajemy go kucharzowi z włoskiej restauracji (w ośrodku hotelowym poza główna hotelową mieliśmy jeszcze chińską i japońską restaurację oraz kilka barów), rezerwujemy stolik, a wieczorem przychodzimy na ucztę, gdzie głównym daniem jest nasz Snaper z grilla.

Podsumowując: piękna i bardzo rybna okolica. Setki miejscówekwprost wymarzonych dla spinningistów. Pozostaje się tylko cieszyć, że są jeszcze na świecie takie miejsca obfitujące w duże ilości GT. A że trzeba tam lecieć co najmniej 10 godzin ? Ja mógłbym latać nawet dwa razy w miesiącu :)