Cze

20

Długo oczekiwany wyjazd wreszcie doszedł do skutku. W mocnym składzie postanowiliśmy spędzić weekend majowy na 6-io dniowym Safari na Morzu Czerwonym. Sprzęt kompletowaliśmy do ostatniej chwili, wszak ryby tropikalne są bardzo wymagające, nie uznają kompromisów czy półśrodków. Tuby „ Bazooka” pełne mocnych wędek, bagaże pełne kołowrotków, popperów, stickbaitsów, pilkerów i innych akcesoriów, Limit bagażu tradycyjnie przekroczony, ale dzięki miłej obsłudze czarteru do Marsa Alam dopłacamy tylko za 2 tuby z wędkami. Po przylocie spotkanie z przemiłym przewodnikiem (niektórzy już wcześniej go poznali), pakowanie do przestronnego busa i podróż do portu Hamata, gdzie czekała na nas duża łódź baza z 4-ma wygodnymi kabinami, kuchnią, dobrym kucharzem z Asuanu oraz dwie dwusilnikowe wygodne łodzie do poppingu, jiggowania.

Montujemy sprzęt, wiążemy wytrzymałe węzły, dobieramy przynęty, zmieniamy kotwice na te najmocniejsze. Nikt nie chce ryzykować starty ryby na zbyt słabym sprzęcie (i tak tego nie udało się uniknąć ). Po kolacji nocleg na łodzi, a rano po śniadaniu gorączkowe instalowanie się na motorówkach i spotkanie z pierwszymi miejscówkami przy rafach. Niektórzy pierwszy raz poznają smak poppingu. Ciężka orka, ręce mdleją, pot się leje. Temperatura ok. 28 stopni i prawie bezwietrzna pogoda  nie pomagają w luzackim łowieniu, ale pierwsze brania i odjazdy ryb powodują, że szybko zapominamy o tych niedogodnościach. Łowimy pierwsze karanksy niebieskopłetwe, pierwsze GT, barakudy. Gęby się cieszą, kolejne ryby dokumentujemy na zdjęciach i filmach. Przed lunchem kąpiel w cieplutkim morzu, obserwowanie tysięcy kolorowych rybek przy rafach. Widok bajkowy J

Po południu druga tura łowienia, do pięknego zachodu słońca. Potem zapadają „egipskie ciemności”, a my w oczekiwaniu na pierwszą „rybną” kolację łowimy na filety i kawałki kalmarów. Brania ryb są częste, ale nie jest łatwo je zaciąć. Gdy już się uda, na pokład lądują bajecznie kolorowe rybki. Uczymy się ich nazw: Abu Lulu, Abu Lukta, Abu Sharara, Bunguz…. W Morzu Czerwonym żyje ok. 1200 gatunków ryb, z czego większość to ryby endemiczne.    Nie sposób spamiętać wszystkie złowione gatunki. Kolejne dni przynoszą jeszcze leprze efekty. Koledzy nabierają większej wprawy w poppingu i vertical joggingu. Coraz dłuższe rzuty, lepsza praca popperów, lepsze „czytanie” miejscówek. Padają kolejne GT, karanksy niebieskopłetwe, red snapppery, barakudy. Kilka ryb okazuje się zbyt silnymi dla nas. Po ataku na poppera  i wysnuciu kilkudziesięciu metrów plecionki o wytrzymałości co najmniej 90 Lbs  ryby (GT) przecinają  plecionki o podwodne rafy. Wiążemy kolejne węzły, przypony fluorocarbonowe i dalej jazda ! Opłaca się . Duży Tomek łowi GT o wadze powyżej 30 kg. Kamil łowi podobnego rekina, też na poppera. Tu sporo się napracowaliśmy przy odhaczaniu rekina, moje kultowe „żółte” szczypce zaległy gdzieś na dnie Morza Czerwonego, ale mamy film i serię zdjęć. Jest super pamiątka. Ja zaliczam kilka GT w przedziale 22 – 27 kg. Robert też łowi GT powyżej 20 kg. Jemu się należało, bo lekarz przepisał mu kilka GT na receptę i Robert skrupulatnie to wykorzystał. A że krzyczał przy tym tak głośno, że słychać go było w Hurghadzie . . . Każdy musi jakoś wyładować swoje emocje, a podczas łowienia na popping jest to nieuniknione. Część ekipy namiętnie łowiła na trolling z łodzi bazy i też nie narzekała na brak zajęć. Barakudy ( wtym jedna powyżej 20 kgz), tuńczyki, red snappery chętnie współpracowały. Co prawda nie obyło się bez strat sprzętu, ale to historia na inny artykuł J Grunt, że humory dopisywały i ryby brały. Kucharz gotował świetne zupy rybne, przygotowywał rozmaite potrawy z ryb, raczył nas świeżutkim saskimi. Nie mogliśmy narzekać. Codziennie zaliczaliśmy kąpiel w morzu, a wieczorami wytrwale zmagaliśmy się z rybami rafowymi stosując filety rybne.

Ostatniego dnia postanowiłem odłożyć ulubione poppery i zacząłem łowić na stickbaitsy malowane na wściekle różowy kolor. To był dobry pomysł. Ryby brały jak oszalałe. Przez 6 godzin miałem ponad 25 brań, wyholowałem 12 ryb, w tym kilka o wadze ok. 15-20 kg. Koledzy też połowili. Rewelacja. Potem pożegnalny lunch w przepięknej błękitnej lagunie, ostatnia kąpiel w morzu, płukanie i pakowanie sprzętu, pożegnanie w porcie i transport do hotelu na 1 dzień odpoczynku w „normalnych” warunkach. Należało się. Szerokie łóżko, przestronny prysznic, pyszna kolacja i wieczorno-nocne „podsumowanie” wyjazdu. Ekipa świetnie się zintegrowała, zgodnie stwierdziliśmy, że spotykamy się w tym samym składzie w przyszłym roku. Aczkolwiek niektórzy myślą już o listopadowym wypadzie. Wtedy też jest świetna pogoda, ryby są aktywne, powinny być lepsze efekty w łowieniu na pilkery metodą vertical jogging.

Ogólnie bardzo udany wyjazd. Ryby współpracowały. Przewodnik egipski zapewnił dobry serwis, wszystko odbyło się zgodnie z planem. Czuliśmy się bezpiecznie, na lotnisku w Marsa Alam wzmożona oraz bardzo miła kontrola potwierdziła, że Egipcjanie bardzo dbają o turystów. Tym razem ciężkie pilkery musiały wylądować w głównym bagażu, lecz mimo pokaźnej nadwagi nie musieliśmy dopłacać za nadbagaż i tuby z wędkami. Wiadomo, że po takim wyjeździe powroty do rzeczywistości są ciężkie, ale jak się obejrzy serię kilkuset zdjęć z tygodniowego Safari na Morzu Czerwonym, to od razu humor się polepsza i człowiek ma ogromną motywację do planowania kolejnego wyjazdu.

Do zobaczenia podczas Safari na  Morzu Czerwonym

Sty

18

Tym razem wybrałem listopad, jako bardziej obiecujący, ze stabilniejszą pogodą i mniejszą ilością deszczy tropikalnych. Dobrze utrafiłem, bo poza jedną godzinną przerwą spowodowaną sporą ulewą, w zasadzie mogliśmy spinningować/poppingować od rana do wieczora.

Konfiguracja była interesująca: statek baza z dobrą kuchnią, klimatyzowanymi kabinami wyposażonymi w łazienki, przestronna messa z TV, lodówką i dobrze zaopatrzonym Drink Barem, a do tego płaski przestronny pokład dziobowy, z którego z powodzeniem łowiliśmy w 5 osób. Oczywiście trzeba zachować ostrożność i pilnować kolejności rzutów, ale przy łowieniu z wolno poruszającej się łodzi takie zasady są wręcz konieczne, aby każdy mógł równomiernie łowić. Nie powiem, że wszystko szło „jak z płatka”, ale dało się wytrzymać :)

Z uwagi, że przez większość z siedmiu dni łowienia towarzyszył nam lekki wiaterek, koledzy zdecydowali się na łowienie stickbaitsami. Królowały przynęty Gunz, FC Labo i Kamatsu. Wszystkie się sprawdzały, choć gunze i bliźniacze Kamatsu były najskuteczniejsze. Ja pozostałem wierny popperom. Trochę na przekór chciałem sprawdzić, jaka będzie różnica między popperem, a stickiem. Różnica była w ilości brań (choć nie każdego dnia), sticki trochę częściej prowokowały ryby. Natomiast do popperów wychodziły większe ryby, w tym największy GT wyjazdu o zmierzonej długości 120 cm (waga gdzieś 25-30 kg). Co najmniej dwie-trzy „lochy” spadły lub nie wcelowały w przynętę, ale przy braniach z powierzchni można ocenić skalę przeciwnika i od razu widać, co się zaraz wydarzy. Odjazd połączony z gwizdem plecionki 120 lbs i długi hol, czy tylko małe zapasy z krótkimi odjazdami i szybki hol ryby mieszczącej się w przedziale 5-10 kg.

Poza kultowymi GT łowiliśmy karanksy niebieskopłetwe, Red Snappery, tuńczyki Dogtooth, Job Fish i graniki. Każdy hol dostarczał emocji, ryby często brały tuż przy łodzi lub odprowadzały przynętę i dlatego przy każdym rzucie musieliśmy być czujni do ostatniej chwili. Atole Malediwskie składają się niezliczonej ilości raf i podwodnych wysepek. Każda z nich to potencjalna miejscówka na drapieżniki. Generalnie im dłuższy rzut, tym większy obszar penetrowany przez przynętę, ale musieliśmy uważać szczególnie podczas odpływów, gdyż wtedy łatwo było o zaczepienie tonącego stickbaitsa o podwodną rafę. Na szczęście łódź baza ciągnęła za sobą kilkumetrową motorówkę, która świetnie się sprawdzała przy uwalnianiu przynęt i wielokrotnie ratowała nas przed utratą drogich woblerów lub popperów.

Łowienie było intensywne, praktycznie od rana do wieczora, z godzinna przerwą na lunch. Dwa razy trochę posnoorkowaliśmy, lecz większość czasu spędziliśmy na oddawaniu setek rzutów ciężkim sprzętem z przynętami o wadze 120-150 g. Takie łowienie wymaga kondycji i koncentracji. Pozostaje nam się cieszyć, że nie było zbyt dużej „lampy”, a niebo pozostawało raczej zachmurzone. Wystarczy, że ostatniego dnia słońce mocno operowało, co w połączeniu z prawie bezwietrzną pogodą powodowało, że pot lał się z nas strumieniami i z utęsknieniem czekaliśmy na przerwy w łowieniu powodowane przemieszczaniem się w kierunku kolejnej rafy. Zawsze to chwila oddechu :)

Mile wspominamy łódź bazę. Wygodna, czysta, klimatyzowane kabiny, dobry kucharz. Jedzenie było zawsze urozmaicone, poza daniami z ryb i pysznymi zupami rybnymi wspominamy bogaty wybór sałatek, desery i patery owoców tropikalnych serwowanych po każdym posiłku. Kucharz zrobił nam placki ziemniaczane, szarlotkę i smaczne naleśniki. Raz trochę za długo smażył rybę i była twarda, ale szybko wyciągnął wnioski. Załoga łodzi była uczynna, doskonale radziła sobie z odplątywaniem „brody” na plecionkach i (co nas pozytywnie zaskoczyło) sama chętnie wypuszczała większość złowionych ryb. Tak naprawdę my decydowaliśmy, która ryba pójdzie na zupę, która na filety lub do piekarnika, a z której będzie saskimi J. Zdecydowana większość ryb wróciła do wody w dobrej kondycji. Łowiliśmy też w nocy, na filety. Ryb było sporo, bajecznie kolorowe i ogromnie waleczne. Doskonała frajda i możliwość „wyłowienia się na zapas”. Jednego wieczoru, nauczeni doświadczeniami z Madagaskaru, na duże haki ze stalkami założyliśmy spore łby rybie. Celem było złowienie rekina. Byliśmy mile zaskoczeni efektami. Tego wieczoru wyholowaliśmy 4 ogromne rekiny rafowe, każdy powyżej 2 metrów długości. Ocenialiśmy je na ok. 60 kg wagi. Emocje były ogromne (największe podczas prób uwalniania/odhaczania). Wrażenia z nocnych połowów na długo pozostaną w naszej pamięci.

Po siedmiu dniach łowienia dopłynęliśmy do eleganckiego ośrodka hotelowego (bungalowy i domki na palach), gdzie mieliśmy zarezerwowane jeszcze 2 dni odpoczynku. To bardzo dobry pomysł, doskonała regeneracja po turnusie wędkarskim. Świetna kuchnia, bufety kusiły mnogością wykwintnych potraw. Trochę zaporowe były ceny napojów (cola 6 USD, drink 10 USD, butelka „średniego” wina 60 USD), ale kurorty na Malediwach rządzą się swoimi prawami i w końcu żyje się raz :)

Wyprawę na Malediwy polecam każdemu, kto chce zakosztować spinningowania w tropikach. Ryb jest dużo, pływanie pomiędzy osłoniętymi atolami jest bezpieczne, można także zorganizować wyjazd rodzinny. Na statku komfortowo przebywa 8 osób. Najlepszy okres trwa od listopada do kwietnia. Przelot wygodnymi liniami Qatar lub Emirates.  Dziesięć godzin lotu ( z przesiadką) i jesteśmy w wędkarskim raju. Nie wiadomo, jak długo Malediwy będą przyjmować turystów. W erze globalnego ocieplenia i podnoszenia się poziomu  wód w oceanach te ledwo wystające z wody wyspy mogą wkrótce zniknąć. Co prawda na zalanych wyspach będzie wtedy więcej miejscówek wędkarskich, ale gdzie będziemy się relaksować po trudach łowienia ? Nie czekajmy więc i odwiedźmy Malediwy.