mar

16

Generalnie  w tym sezonie  zima nas raczej oszczędziła, ale wiadomo, że w Egipcie możemy liczyć na temperaturę co najmniej 20-25 stopni Celsjusza wyższą. Tak też było w połowie lutego, kiedy nasza „siódemka” wylądowała na lotnisku w Marsa Alam.  Zapakowaliśmy się do busa podstawionego przez naszego przewodnika i dojechaliśmy do portu w Hamacie, ok. 150 km. na południe od lotniska.

Sporo czasu zajęło nam szykowanie sprzętu. Każdy miał co najmniej 2 wędki do uzbrojenia, niektórzy jeszcze nawijali nowe plecionki.  Tu pomocna okazała się nawijarka do plecionki, dzięki której w mgnieniu oka można było samodzielnie bardzo ściśle nawinąć 300 – 400 metrów linki. Pieczołowicie szykowaliśmy sprawdzone węzły „bimini twist”, potem było wiązanie przyponów z fluorocarbonu, montaż krętlików, kółeczek, zbrojenie popperów i stickbaitsów. Każdy z nas otrzymał zestaw woblerów Salmo i to one dla wielu stanowiły podstawę przynęt w polowaniu na morskie drapieżniki.

Nowa kolorystyka Salmo bardzo odpowiadała rybkom, przynęty udanie rywalizowały ze sprawdzonymi wzorami stickbaitsów innych firm. Czasami przy silniejszym wietrze, z uwagi na masę przynęt,  ciężko było dorzucić pod samą rafę, natomiast rybom to nie przeszkadzało. Brań było dużo, a najbardziej  pożądaną przynętą okazał się największy model Salmo Sweeper.  Czekamy na obiecane większe modele, gdyż przy naszym pancernym sprzęcie wielkość/waga przynęt  ma znaczenie.

Ja większość czasu łowiłem na poppery i miało to odzwierciedlenie w ilości brań kultowych GT, które na Morzu Czerwonym bardziej preferują takie właśnie „głośne” przynęty. Największy wyholowany GT miał ok. 25 kg, ale było też sporo trochę mniejszych. Miałem branie prawdziwego kolosa na poppera Dumbbell. Branie przypominało wybuch bomby głębinowej.  Popper został brutalnie zassany, zaciąłem „w tempo” , rozpocząłem hol. Ogromny GT pomimo hamulca Stelli dokręconego na „beton”  odjechał na dobre 150 metrów. Przewodnik oczywiście natychmiast po braniu zaczął oddalać się łodzią od zdradliwej rafy, ale niestety GT był sprytniejszy, poszedł w dno i przeciął na jakiejś podwodnej przeszkodzie plecionkę 110 Lbs ! Kolejna lekcja pokory :(  Następny GT, nazwany przez przewodnika „Nubijskim GT” (z uwagi na bardzo ciemne ubarwienie) też chciał być sprytny. Poszedł w dno. Na naprężonej plecionce długo czułem, jak coś szoruje o podwodną rafę. Na szczęście było to na odcinku przyponu fluorocarbonowego, który został niemiłosiernie zmasakrowany (wyglądał, jak choinka), ale wytrzymał. Tu widać jakość  japońskich przyponów VARIVAS. Nie są tanie, ale z pewnością są bardzo wytrzymałe. Polecam.

Koledzy też nie próżnowali. Paweł łowił jak w transie. Zaliczył sporo GT, jeden „wyrwał go z butów”. Jego piękne wahoo zostało skonsumowane przez naszą ekipę w postaci sashimi i tatara :) Waldek zaliczył m.in. pięknego tuńczyka Dodtooth tuna , dobre 20 kg.  Rybka też  trafiła do naszej kuchni, gdzie wspólnymi siłami sporządziliśmy pysznego tatara z tuńczyka z czerwona cebulką i majonezem . Rewelka ! Henio taż zaliczył kilka gatunków ryb, w tym GT. Dzielniespinningował przez cały wyjazd, a wieczorami testował łowienie na filety. Piotrek od początku wiernie biczował wodę różnymi przynętami Salmo i miał znakomite efekty. Połowił sporo GT, karanksy niebieskopłetwe,  barakudy, red snappery, Rainbow runnera, belonowate monstrum i inne drapieżniki. Z niecierpliwością czekamy na filmy, które kręcił podczas holów ryb. Będzie co oglądać i wspominać . . . Maciek testował poppery i woblery, miał efekty na oba rodzaje przynęt. Podczas nocnego łowienia na filety zaliczył monstrualną murenę. Może lepiej, że sama odgryzła przypon i nie trzeba było jej odhaczać :) Mariusz też poczuł siłę ryb tropikalnych na wędce, w tym ładnego karanksa niebieskopłetwego.

Niestety  pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa. Pierwsze 3 dni było super, czasami prawie bezwietrznie, natomiast od czwartego dnia ochłodziło się, zaczęło mocno wiać i nie mogliśmy swobodnie zaliczać bardziej oddalonych miejscówek. Ryby współpracowały, brania były, ale komfort łowienia podczas silnego wiatru pozostawiał wiele do życzenia. Planując wyjazd pół roku wcześniej możemy zadbać o optymalny termin względem faz księżyca, czy wielkości pływów, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć siły wiatru :( . Na pocieszenie Henio opowiedział o wyjeździe do Norwegii, gdzie z planowanych ośmiu dni łowienia z powodu sztormu łowili zaledwie pól dnia . . .

Łódź baza była dość wygodna, sporo miejsca w messie i na pokładzie zewnętrznym. Kabiny dwuosobowe, każda z łazienką. Kucharz codziennie zbierał pochwały, głównie za pyszne zupy, ciekawie przyrządzane dania rybne/ryby pieczone w całości , smakowite sałatki i bardzo dobre jarzynki m. in. z bakłażanem.  Jeśli dodamy do tego codzienne wieczorne rarytasy w postaci świeżutkiego sashimi czy tatara rybnego oraz świetną atmosferę towarzyszącą nam każdego dnia, to naprawdę chce się tu wracać, aby spędzić kolejny taki tydzień gdzieś na środku Morza Czerwonego.

lut

11

Tym razem postanowiłem spędzić ferie zimowe z najmłodszą córką Moniką. Wybór miejsca nie był trudny. Wiedziałem, że w zimie nie będę jechał z Polski do innego zimnego miejsca. Narty mnie specjalnie nie interesują. Musi być blisko woda – najlepiej ciepła i  . . . rybna.

Córa od dawna wierciła mi dziurę w brzuchu na temat Egiptu, gdyż byłem tam wielokrotnie na rybach i sporo jej opowiadałem.

Tak więc w II połowie stycznia wylądowaliśmy w Hurghadzie w super hotelu z siedemnastoma basenami i ponad trzydziestoma zjeżdżalniami. Rewelacja.

Postanowiłem poświęcić czas dla niej, ale nie mogło się obyć bez przynajmniej jednego dnia na rybach. „Wynegocjowałem” 1 dzień na ryby. Pogoda była super, na morzy flauta, temperatura ponad 25 stopni.

Umówiłem się rano z moim przewodnikiem w nowym porcie w Hurgadzie. Był razem z doświadczonym pomocnikiem Ahmedem, który zawsze towarzyszy nam podczas wypraw na Safari po Morzu Czerwonym. Naszym celem były tuńczyki żółtopłetwe, które od stycznia do końca marca upodobały sobie okolice Hurghady i Safagi. Byłem pełen optymizmu, gdyż kilka dni wcześniej nasz przewodnik zaliczył rekordowego tuńczyka żółtopłetwego o wadze 105 kg

Łowiliśmy ok. 30 km od Hurghady, blisko skalistego brzegu. Za przynętę, a zarazem zanętę  służyły  nam sardynki, które stanowią przysmak tuńczyków. Zestaw tuńczykowy składał się z mocnej jednoczęściowej trollingowej wędki z dużym multiplikatorem Penn 50 lbs, plecionką Varivas 90 lbs oraz przyponem fluorocarbonowym 140 lbs, do którego był dowiązany pojedynczy hak 4/0 jakiejś dobrej japońskiej firmy.

Na haku za pysk była zaczepiona ok. 20 cm-owa sardynka, którą przewodnik opuszczał w toń, a pomocnik w tym czasie wrzucał do wody pocięte, kilkucentymetrowe kawałki sardynek, tworząc smugę „zanętową”. Ja w tym czasie spinningowałem wędką poppingową ze 130 g-ym popperem, robiąc hałas na wodzie i w ten sposób również „nęciłem” tuńczyki.

Pierwsze ryby pojawiły się pod łodzią w ciągu 2-3 minut od rozpoczęcia nęcenia. W czystej wodzie doskonale widzieliśmy żerujące tuńczyki, które połykały kawałki sardynek, ale tak łatwo nie dawały się nabrać na tę jedyną z hakiem. Wreszcie pierwszy tuńczyk żółtopłetwy połknął uzbrojoną przynętę i zacząłem mozolny hol. Pomimo mocnego zestawu, ryba nie chciała się poddać, wysnuła sporo plecionki, kilkukrotnie uciekała po zbliżeniu się do łodzi i szczęśliwe podebranie nastąpiło po ok. 15 minutach. Piękny okaz, przewodnik ocenił go na ok. 35 kg. Monika kręciła film, robiła zdjęcia podczas holu. Ja byłem dumny i blady, że córka jest świadkiem takiego połowu.

Ledwo ochłonąłem po męczącym holu, a przewodnik zameldował o kolejnym tuńczyku. Tym razem nie szło tak łatwo. Czułem, że tuńczyk jest ogromny. Jego pierwsze odjazdy sięgały ponad stu metrów. Kiedy wydawało się, że słabnie i jest już blisko łodzi, nagle ożywał, dostawał  „speeda” i ponownie wysnuwał mozolnie nawinięte metry plecionki.

Ręce mi mdlały, zaczęły mnie łapać skurcze przedramienia, a tuńczyk nie dawał za wygraną. Przeciąganie liny ciągnęło się w nieskończoność. Tuńczyk miał niespożyte siły. Za każdym razem, jak udawało mi się podciągnąć go na jakieś 5-7 metrów od łodzi i zaczynałem widzieć kształt ryby, tuńczyk zawsze zbierał siły i robił kolejny odjazd. Ja generalnie nie wymiękam. Zawsze samodzielnie holuję ryby do końca, ale w tym przypadku byłem już bliski oddania wędki przewodnikowi. Tym bardziej, że był to zestaw do kręcenia prawą ręką, a wędkę musiałem trzymać w lewej, pompowanie odbywało się też lewą ręką. Do tego jeszcze musiałem równomiernie układać palcem plecionkę na multiplikatorze, aby nie zrobiła się „buła”, która uniemożliwiłaby skręcanie plecionki. W końcu przemogłem się, zebrałem ostatnie siły i doholowałem go samej łodzi, aby przewodnik mógł złapać ręką za przypon flourocarbonowy i zahaczyć osęką za pysk. Próbowali go wyciągnąć we dwóch z pomocnikiem, ale tuńczyk nie dawał  za wygraną. Poprosili mnie o pomoc. Ja ledwo mogłem rozprostować obolałe dłonie, ale dołączyłem do nich i wspólnie wciągnęliśmy rybę przez burtę. Kolos. Ogromny. Godny przeciwnik. Miara pokazała 146 cm od pyska do wcięcia w płetwie ogonowej. Dobre 60 kg !!! Radość ogromna.

Trochę odpocząłem, zjadłem śniadanie, wypiłem ponad litr wody (trochę się spociłem na tym styczniowym egipskim słońcu) i zacząłem ponownie popperować, aby zanęcić kolejne tuńczyki. Po kilku rzutach nastąpiło piękne powierzchniowe branie tuńczyka na 130 gramowego poppera Seawood Cubera. Ogromny gejzer wodny, a potem błyskawiczny odjazd. Zaciąłem i poczułem ogromną rybę na wędce. Tuńczyk na poppera ! Już miałem takie przygody. W kwietniu 2013 roku wśród stada żerujących delfinów w ciągu ok. godziny złowiliśmy z kolegą  na Morzu Czerwonym łącznie 6 sztuk, każdy o wadze powyżej 30 kg. Ten był raczej większy. Niestety po kilkudziesięciu sekundach spiął się. Pewnie był źle zacięty :( Ledwo zdążyłem ochłonąć, a przewodnik melduje o kolejnej rybie, która połakomiła się na sardynkę w toni. Znowu wyczerpujący hol. Powtórka z rozrywki. Na nic się zdały błagania, aby ryba okazała litość. Nic z tych rzeczy. Kolejna godzina wymagającego holu. Sam nie wiem, jak to przetrzymałem. Ale udało się. Kolejny ogromny tuńczyk wylądował na pokładzie. Prawie bliźniak poprzedniego, długość do wcięcia płetwy „tylko” 144 cm, więc także około 60 kg ! Szok. Tego się nie spodziewałem.

Przewodnik zapytał mnie, czy kontynuujemy łowienie ? Ja miałem już serdecznie dość. Zaproponował więc lekki zestaw (wędka z multiplikatorem, ale wielkością przypominająca zestawy na Bałtyk, czy Norwegię). W porównaniu z pierwotnym zestawem było to „piórko”, wiec przystałem na jego propozycję. Nie trzeba było długo czekać. Tuńczyki tego dnia żerowały niesamowicie. Tym razem na szczęście ryba była mniejsza, tylko ok. 25 kg . . .

W międzyczasie w pobliże naszej miejscówki przypłynęły dwie inne łodzie z egipskimi wędkarzami/znajomymi mojego przewodnika. Łowili podobną metodą, ale bez „donęcania” popperem i mieli dużo gorsze efekty: na pierwszej łodzi 1 tuńczyk ok. 20 kg, a drugi zerwany, a na drugiej jeden ok. 12 kg i kilkukilogramowy Redsnapper. Ja łowiłem z profesjonalnym przewodnikiem, ale efekty i tak przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Najmniejszy tuńczyk został przekazany na sąsiednią łódkę i po kilkunastu minutach zostaliśmy uraczeni pysznym, doskonale przyprawionym świeżutkim  sashimi z warzywami. Uczta dla podniebienia :)

Wróciliśmy do portu szczęśliwi, pełni niesamowitych przeżyć. Potem jeszcze spacer po porcie, zakup kilku pamiątek, spotkanie z przemiłą żoną przewodnika i dwójką jego dzieci, wspaniała wystawna kolacja w restauracji rybnej i powrót do hotelu po pełnym wrażeń dniu.

Tego dnia uczestniczyliśmy w prawdziwym festiwalu tuńczyków. Cztery ogromne ryby wyholowane, piąta zerwana. Super rozpoczęcie ferii zimowych :)

I to wszystko całkiem blisko kraju, tylko 4 godziny lotu samolotem. Przewodnik ma doskonałą, nową dwusilnikową łódkę. Spokojnie mogą łowić z niej 3, a nawet 4 osoby. Przewodnik odbiera z hotelu, wiezie do portu, zapewnia sprzęt i przynęty, a po łowieniu odwozi do hotelu. Spokojnie można wykorzystać urlop rodzinny w Hurghadzie i wyrwać się na 1-2 dni łowienia. Polecam

Do zobaczenia nad Morzem Czerwonym :)